Reklama

Suzuki Ignis: pierwsza jazda

czwartek 05.01.2017
Suzuki Ignis: pierwsza jazda Suzuki Ignis/ fot. Suzuki

Do gamy produktowej japońskiego producenta dołączył bardzo ciekawy model

Wiele wskazywało na to, że nowy Suzuki Ignis zastąpi Jimny'ego, co wywoływało smutek w moim sercu, bo bardzo lubię japońską terenówkę. Na szczęście okazało się, że Ignis to po prostu nowy model z ponownie wykorzystaną nazwą, która występowała na azjatyckich samochodach w przeszłości, a "Jimek" pozostaje w sprzedaży. Co więcej, nowość producenta z Hamamatsu to naprawdę interesujący wóz.

 

 

Wygląd nowego Ignisa nie każdemu przypadnie do gustu, jednak moim zdaniem auto wygląda nieźle. Z przodu samochód prezentuje się zadziornie i można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z poważniejszym pojazdem a nie modnym mieszczuchem. Szczególnie ciekawie nowe Suzuki prezentuje się z profilu. Nie wiem czym się wzorowali japońscy projektanci, ale wydaje mi się, że chcieli połączyć czołg, samochód terenowy i brytyjskie Mini, a do tego całość upchnąć w jak najmniejszej formie. Efekt końcowy jest taki, że Suzuki Ignis jest dosyć wysoki, ma stosunkowo niskie szyby, a koła porozstawiano w samych narożnikach nadwozia. Ciekawostka - trzy paski na słupku C nie są wynikiem współpracy pewnej marki odzieżowej z azjatyckim producentem, a są nawiązaniem do starszych generacji modelu Cervo. Najwięcej zastrzeżeń wzbudza tylna partia karoserii. Niektórzy twierdzą, że została zmiażdżona przez rozpędzoną ciężarówkę, ale na żywo nie ma (według mnie) tragedii.

 

Suzuki Ignis/fot. Suzuki

 

Pomimo niewielkich wymiarów nadwozia kabina pasażerska jest przestronna. Z przodu nie brakuje miejsca nawet wysokim osobom i siedzi się wygodnie, zaś na tylnej kanapie w całkiem znośnych warunkach może podróżować dwójka dorosłych. Przy okazji warto wspomnieć, że najuboższa wersja ma kanapę trzy miejscową, a bogatsze dwumiejscową. Moim zdaniem to całkiem sensowne rozwiązanie, ponieważ kanapa jest na tyle wąska, że lepiej po prostu usadowić dwójkę podróżnych w przyzwoitym komforcie z możliwością przesuwania foteli, niż trójkę w dużym ścisku. Tylne drzwi otwierają się szeroko, a samo wsiadanie i wysiadanie nie nastręcza trudności. Do wykończenia wnętrza Suzuki Ignisa użyto twardych, ale przyjemnych w dotyku tworzyw sztucznych, zaś wszystkie elementy zostały dobrze spasowane. Deska rozdzielcza jest prosta, na konsoli centralnej znalazły się przełączniki w lotniczym stylu, a wystrój mogą uatrakcyjnić kolorowe elementy. Na minus należy zaliczyć jednoosiową regulację kolumny kierownicze, jednak mnie udało się znaleźć dogodną pozycję za kierownicą. Bagażnik w wersji przednionapędowej ma pojemność 260 litrów, więc na codzienne zakupy wystarczy.

 

Suzuki Ignis/fot. Suzuki

 

Czas przejść do wrażeń zza kierownicy. Co zwróciło moją uwagę podczas pierwszej jazdy? Dobrze dobrany układ napędowy, dobrze zestrojone podwozie i sposób prowadzenia. Do dyspozycji miałem wersję klasyczną a nie tzw. mild hybrid, z napędem na przednią oś (dostępny jest również napęd na wszystkie koła). To oznacza, że pod maską mojego egzemplarza zagościł wolnossący silnik benzynowy o pojemności 1.2 litra, generujący 90 KM i 120 Nm. Tyle wystarczy by dosyć sprawnie rozpędzać ważące nieco ponad 800 kg autko, jednak moim zdaniem precyzyjnie działająca skrzynia biegów ma nieco za długie przełożenia, przez co przyspieszenie od 0 do 100 km/h zajmuje 12,2 s (na żywo wydaje się szybciej). Warto wspomnieć, że motor pracuje aksamitnie, lubi wysokie obroty i został dobrze wyciszony. Koła porozstawiane po kątach nadwozia i stosunkowo sztywne zawieszenie sprawiają, że nowy Suzuki Ignis nie tylko zachowuje się stabilnie, ale także daje przyjemność z prowadzenia. Oczywiście nie jest to gokartowa jazda w stylu Mini, ale japońskie autko jest zwarte i lubi pokonywać zakręty. Także jazda drogami szybkiego ruchu nie wywołuje u kierowcy powodów do niepokoju, co było dla mnie zaskoczeniem, bowiem myślałem, że Ignis będzie pływał po całym pasie. Układ kierowniczy jest precyzyjny i pozwala na skuteczne kontrolowanie przednich kół.

 

Sprawdź też: Nowy Suzuki Swift zadebiutował w Japonii

 

Pierwsza jazda nowym Suzuki Ignisem sprawiła, że polubiłem to auto. Japoński mini-SUV wygląda ciekawie i niecodziennie, zarówno na zewnątrz jak i w środku, a do tego naprawdę fajnie się prowadzi i ma dobrze dobrany układ napędowy. Warto wspomnieć, że marka z Hamamatsu pozycjonuje Ignisa jako model lifestylowy i skierowany do osób szukających modnego wozidełka z możliwością personalizacji. Tak naprawdę nowość od Suzuki nie ma bezpośredniego konkurenta, a najbliższymi rywalami według producenta są Fiat Panda 4x4 i Opel Adam. Nie mogę pominąć ceny Suzuki Ignisa, ponieważ to ona wzbudza chyba największe kontrowersje. W podstawowej konfiguracji za nowy model trzeba zapłacić 49 900 zł, co jest sporą kwotą, a najbogatsze wersje wyceniono na 68 900 zł. Nowego Ignisa się kocha lub nienawidzi - mnie bliżej do pierwszej grupy.

 

Suzuki Ignis
SILNIK  1242 cm³ benzynowy
MOC  90 KM (przy 6000 obr./min)
MOMENT  120 Nm (przy 4400 obr./min)
SKRZYNIA  Manualna, 5-biegowa
WYMIARY (dł./szer./wys.)  3700 mm/1660 mm (bez lusterek)/1595 mm
MASA  810 - 920 kg
POJEMNOŚĆ BAGAŻNIKA  260 l (w wersji 4x4 204 l)
0-100 km/h  12,2 s
PRĘDKOŚĆ MAX  170 km/h

Łukasz Kuźmiuk

Zobacz całą galerię

Suzuki Ignis: pierwsza jazda

Suzuki Ignis/ fot. Suzuki następne

1/17

Reklama

Polecane wideo

Podobne artykuły

Polecamy

Komentarze

Dodaj komentarz
Reklama

Najnowsze

Musisz przeczytać

Reklama